Klatka schodowa przy ulicy Kalidego 1 w Chorzowie nie wita gości. Ona przed nimi ostrzega. Odrapane ściany pokryte są wulgarnymi bohomazami, a nozdrza drażni ostry, duszny zapach – mieszanka wilgoci, starego dymu i czegoś, co świadczy o tym, że dla wielu to miejsce służy za toaletę, pub i sypialnię jednocześnie. Wyłamane zamki w drzwiach wejściowych to stały element krajobrazu. „Picie i ćpanie w sieni jest tu na porządku dziennym” – usłyszę później. W tej mrocznej scenerii, pośród cieni „Cwajki”, znajduje się portal do zupełnie innego świata.
Wystarczy przekroczyć próg mieszkania Beaty i Zbigniewa, by poczuć poznawczy dysonans. Tu czas nie zatrzymał się w miejscu, lecz został pieczołowicie wypracowany rękami gospodarzy. Jest czysto i schludnie. Na półkach stoją gustowne ozdoby, ściany są świeżo odmalowane, a meble wykonane na wymiar zdradzają, że to nie jest „lokal socjalny”, ale dom budowany z miłością przez 31 lat małżeństwa.
Beata mieszka tu od ponad pół wieku. Jej ojciec, pracownik Huty Kościuszko, dostał to mieszkanie z przydziału. Teraz Beata, Zbigniew oraz ich córka Klaudia z partnerem Wojciechem, siedzą w salonie, który jako jedyny czeka na remont. Choć „czeka” to złe słowo. Ich życie od dwóch i pół roku jest w stanie zawieszenia.
Wszystko przez to, że mieszkają w miejscu wyjątkowym – w Domu Kalidego.

Wewnątrz lokalu panuje ład i porządek, co mocno kontrastuje ze zdewastowanym otoczeniem za drzwiami.
Miliony, których nie chciano
Dom Kalidego to jeden z najstarszych budynków miejskich, ocalały z pierwotnej kolonii robotniczej dla pracowników Królewskiej Huty. Nazwa nie jest przypadkowa – tu w 1801 r. urodził się wybitny rzeźbiarz Teodor Erdmann Kalide. Obiekt ten miał zostać zaadaptowany na potrzeby Oddziału Historii Miasta i Regionu Muzeum Hutnictwa, i tym samym zastąpić niepopularną placówkę na ul. Powstańców. Pieniądze na tę realizację „leżały na stole”.
Nie było tajemnicą, że nowy zarząd miasta, z prezydentem Szymonem Michałkiem na czele, był sceptycznie nastawiony do pomysłu stworzenia tu filii muzeum. Już w sierpniu 2024 roku poinformowano, że projekt ten „jest przez władze miasta i pracowników merytorycznych analizowany”. Z planu finansowego wynika jednak jasno: w najbliższym czasie takiej inwestycji w Muzeum Hutnictwa nie będzie.
Szkoda, bo na rewitalizację Domu Kalidego Chorzów mógł pozyskać niemal 7,2 mln zł dotacji w ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych. Pełen koszt przedsięwzięcia miał wynieść 9 680 000 zł brutto. Miasto zdecydowało się odstąpić od realizacji umowy z wykonawcą, odsuwając szansę na ratunek zabytku i cywilizacyjny skok tej części dzielnicy.
– Nasze życie zatrzymało się ponad dwa i pół roku temu – mówi Beata. – Żyjemy w zawieszeniu. Nie wiemy, czy kupować nową firankę, czy pakować kartony.
Informacja, która wywróciła ich życie do góry nogami, została przekazana poprzez stosowne pismo w połowie czerwca 2023 roku. Zapewniono przy tym, że lokal zamienny będzie odpowiadać standardowi obecnie zajmowanemu. Przyszłe wykwaterowanie to wynik planowanych działań, które mają na celu adaptację obiektu na potrzeby muzeum.
„Będziecie potraktowani priorytetowo” – słyszeli. Mieli dostać mieszkanie o podobnym standardzie. Zamiast tego, zaczęła się droga przez mękę. Pierwsza propozycja: 35 metrów, ruina. Druga: dwa pokoje do remontu, którego koszt wyceniono na 100 tysięcy złotych.

Proponowane lokale, poza niewielkim metrażem, wymagały też dużego nakładu finansowego. Fot. archiwum prywatne państwa Beaty i Zbigniewa.
Z jasnych powodów nie chcieli na to przystać. Przecież do tego czasu mieli do dyspozycji ponad 70 metrów życiowej przestrzeni, ulokowane w trzech pokojach, kuchni i łazience.
„To tu jeszcze ktoś mieszka?”
Czas mijał, a światełko nadziei jakby coraz bardziej nikło. Było za to odbijanie się od drzwi administracji do urzędu miasta i z powrotem. W pewnym momencie można było poczuć się jak natrętny petent.
Rodzina wyczuła od urzędników nutę pretensji: „A wie pani, ile ludzie czekają na mieszkanie?”. Beata czuje się wtedy, jakby żądała luksusów, a chce tylko odzyskać spokój, który im odebrano. To nie oni chcieli robić w swoim domu muzeum. Zainwestowali tu wszystko: pieniądze w rury, łazienkę, meble, czas w pielęgnowanie wspomnień.
Absurd goni absurd. Pewnego dnia trzeba było zdać klucze do piwnicy, choć ogrzewanie jest na węgiel. Dopiero interwencja pomogła je odzyskać. Potem wizja lokalna z pracownikami muzeum, którzy przecierali oczy ze zdziwienia: „To tu jeszcze ktoś mieszka?”. Za chwilę przystąpili do swoich obowiązków – precyzyjnie mierzyli pomieszczenia,, gdy przysłowiowa zupa stała na palniku.
W urzędzie słyszą: „Nie ma pieniędzy”. Tymczasem na zewnątrz, na placu, robotnicy tynkują mur, który – zdaniem mieszkańców – nikomu nie jest do niczego potrzebny. – Na mur są pieniądze, na nasz remont nie ma – kwituje Zbigniew.
W końcu przyjęli ofertę na ulicy Czempiela. 48 metrów, trzy pokoje. Standard? Czas zatrzymał się tam w epoce gomułkowskiej. Termin remontu? Maj 2025. Ale w październiku usłyszeli już tradycyjne: „Może w przyszłym roku”.
„Tego muzeum to chyba jednak nie będzie”
Zbigniew bierze klucze i prowadzi mnie na korytarz. Chcę jeszcze raz przyjrzeć się temu miejscu, powiedzmy, że ze swoistym „przewodnikiem". Kilka rzeczy zwraca moją uwagę, którą przysłaniają wulgarne napisy i symbole. W półmroku, gdzie zapach wilgoci staje się niemal lepki, zatrzymuje się przy potężnych, zabytkowych drzwiach. – Tutaj były szyby, a część była uchylna, takie eleganckie lufciki – wspomina, przesuwając dłonią po łuszczącej się farbie. Zamek oczywiście jest wyłamany. Dziś te detale, pamiętające czasy świetności Domu Kalidego, wyglądają jak szkielet dawnej elegancji. Każdy krok po skrzypiących schodach potęguje dziwny niepokój. Kontrast uderza ze zdwojoną siłą, gdy wracamy do jasnego, pachnącego domem salonu, w którym rodzina wychowała córkę i przeżyła trzy dekady.

Zabytkowe drzwi nie zachęcają do odwiedzin. Minusem, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.
Gdy pytam w magistracie o losy mieszkańców, narracja jest nieco inna.
– Wszystkim mieszkańcom budynku przy ul. Kalidego 1 zostały zaproponowane lokale zamienne, natomiast jedno z gospodarstw domowych odmówiło przyjęcia propozycji lokalu zamiennego. Wszystkim mieszkańcom budynku w terminie 3, 4 miesięcy po złożeniu przez nich wniosków zostały zaproponowane lokale zamienne. Termin przygotowania lokalu do zasiedlenia jest uzależniony od posiadanych przez Zakład Komunalny "PGM" środków finansowych - wyjaśnia Paweł Mielczarek z biura prasowego chorzowskiego urzędu miasta.
Beata patrzy na te słowa i tylko ciężko wzdycha. – Proponowano nam mieszkania po 30 metrów do kapitalnego remontu. Koszt wkładu własnego to 40-60 tysięcy złotych. To miał być „podobny standard”? Inni przyjęli, bo nie mieli wyjścia albo mieli długi. My nie chcieliśmy stąd iść, to nie był nasz pomysł – podkreśla.
Najgorsza jest niepewność. Pewnego razu przedstawiciel magistratu rzucił luźną uwagę: „A może by państwo tu zostali? Bo tego muzeum to chyba jednak nie będzie”.

Pani Beata w kuchni mieszkania na Kalidego 1.
W sercu Beaty i Zbigniewa narasta złość zmieszana z bezradnością. Jeśli zostaną, będą dalej żyć w budynku, w którym klatka schodowa wygląda jak scenografia filmu o upadku cywilizacji. Gdzie dwa razy już wybuchał pożar, a strach przed podpaleniem przez koczujących w sieni ludzi każe być stale czujnym.
– Chcemy po prostu żyć spokojnie – mówi Beata, rozglądając się po swoim zadbanym lokum, które wkrótce może stać się tylko wspomnieniem pod muzealną gablotą. – Dorabiamy się całe życie, a teraz zostawiają nas na lodzie.
To były ich trzecie święta Bożego Narodzenia na spakowanych walizkach. W domu, który jest zbyt ładny, by w nim zostać i zbyt cenny, by o nim zapomniano, ale najwyraźniej zbyt kłopotliwy, by potraktować jego mieszkańców z godnością.
















Napisz komentarz
Komentarze