Brzmi szlachetnie, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że w tle tej retoryki kryje się osobisty interes. Daniel Beger od dawna stara się przecież o sojuszników do zmiany zasady dwukadencyjności, co w praktyce oznacza możliwość pozostania na stanowisku dłużej, niż przewiduje obecne prawo. Chciałby nadal rządzić miastem jako prezydent. W tej logice, skoro sam nie może kontynuować kadencji bez ograniczeń, to inni też nie powinni.
Prezydent Świętochłowic podkreśla, że ograniczenia mają zapewnić przejrzystość i jednolite zasady. Twierdzi, że wprowadzenie dwukadencyjności wśród parlamentarzystów i radnych w samorządach w całym kraju uchroni Polskę przed „doraźnymi sojuszami i słabością kadr”, cokolwiek by to nie znaczyło. Odwołuje się przy tym do sytuacji wojennej za naszą wschodnią granicą.
W tej retoryce jest jednak pewien zadzior. Subtelna, ale istotna różnica w postrzeganiu władzy. Daniel Beger twierdzi, że „wszyscy jesteśmy wybierani w wyborach powszechnych i wszyscy powinniśmy podlegać tym samym regułom odpowiedzialności”. Nie bierze jednak pod uwagę charakteru sprawowania władzy. Prezydenci miast czy burmistrzowie pełnią funkcję władzy wykonawczej, podobnie jak prezydent RP czy ministrowie. Zasada dwukadencyjności dotyczy właśnie władzy wykonawczej na szczeblu samorządowym, a w przypadku prezydenta RP – również na szczeblu krajowym. Ministrowie natomiast nie są kadencyjni i mogą być odwołani w każdej chwili. Wprowadzenie dwukadencyjności dla przedstawicieli władzy ustawodawczej czy uchwałodawczej nie przyniesie równości szans – sprawowanie mandatu posła, radnego czy senatora jest zupełnie innym rodzajem odpowiedzialności, o innych obowiązkach i ciężarze społecznym. Można spodziewać się, że ten apel prezydenta Świętochłowic nie zostanie dobrze przyjęty zarówno przez parlamentarzystów, jak i radnych miejskich.









Napisz komentarz
Komentarze